• Home
  • Blog
  • Cairns – obowiązkowy miejsce do zobaczenia

Cairns – obowiązkowy miejsce do zobaczenia

W połowie marca wybraliśmy się do miejsca, gdzie zamiast normalnych nietoperzy latają lisy ze skrzydłami, ludzie nie mogą kąpać się w oceanie, zapach guana roznosi się w całym mieście, a temperatura i wilgotność powietrza sprawiają, że jesteś cały czas mokry.

Proszę Państwa o to Cairns

Miejsce, w którym zobaczyłam po raz pierwszy na swoje oczy Wielką Rafę Koralową i nie weszłam do oceanu ani razu pomimo, że byliśmy tam 4 dni.

Zanim przyleciałam do Australii, marzyłam o dwóch rzeczach: pierwsza to zobaczyć Uluru i prawdziwy Outback, druga pływać z rybami Wielkiej Rafy Koralowej. Jako, że punkt pierwszy zaliczyliśmy w październiku, pozostał nam jeszcze punkt drugi. Już z okien samolotu widzieliśmy rafę, wielkie różnokształtne plamki na oceanie, odróżniające się pięknym lazurowym kolorem. Coś niesamowitego!!! Zapowiadało się cudownie i tak też było.

Cairns leży w strefie klimatu tropikalnego. Oznacza to, że w zasadzie nigdy nie jest tutaj zimno. My trafiliśmy na końcówkę lata (styczeń-marzec) i było baaardzo gorąco, wilgotność wynosiła ok 95%, oraz było deszczowo (głównie nocą) W trakcie naszego pobytu cały jeden dzień niestety lało, bo inaczej nie można było tego nazwać.

Zaraz po wylądowaniu, mieliśmy bezpłatny transport do naszego zakwaterowania Caravella Backpakers.

Miejsce godne polecenia, bo jak na warunki australijskie niedrogie, a czyste i z klimatyzacją:) Mieliśmy swoją własną kawalerkę, ponieważ była sypialnia, łazienka i salon z lodówką:) Kuchnia była wspólna, ale była dobrze zaopatrzona, także niczego nam nie brakowało. Ponadto do dyspozycji gości był basen.

Ponieważ mieszkaliśmy zaraz przy słynnej promenadzie, jak tylko zostawiliśmy bagaże ruszyliśmy w miasto. Cairns okazało się małym, turystycznym miasteczkiem, które bardzo przypadło mi do gustu. Miło było zobaczyć Aborygenów, którzy odnajdują się w rzeczywistości i pracują i żyją jak reszta. Wielu z nich jest rybakami, mieliśmy okazję porozmawiać z chłopcem, który pokazywał nam ryby, które złowił i opowiadał o tym jak to się mu żyje w Cairns. Przesympatyczny, ładny chłopiec dla którego widok krokodyla lub rekina w oceanie jest czymś zupełnie naturalnym:) Świat jest piękny w swej różnorodności!

Po tych kilku dniach odniosłam wrażenie, że Cairns to miasto nurków, na każdym kroku można było zobaczyć jak nie szkołę to sklep ze sprzętem, wielkie witryny ze zdjęciem żółwia, albo innej podwodnej istoty. Codziennie dziesiątki turystów wypływa w ocean wraz z komercyjnymi firmami uczyć się, doskonalić nurkowanie lub po prostu żeby zachwycić się światem pod wodą. My wypłynęliśmy na rafę koralową z firmą Evolution.

Przygoda warta polecenia, cały dzień na wielkiej łódce, jedzenie w cenie biletu, możliwość snorklingu i divingu. Sprzęt i ubranie do wody, w którym wyglądało się jak plemnik, dostępne bez dodatkowych opłat. Należy pamiętać, że od listopada do maja w oceanie występują bardzo niebezpieczne meduzy tak zwane osy morskie (box jellyfish), stąd kombinezony mimo, że naprawdę są anty sexy, to są na wagę złota. Zresztą widzieliśmy jedną dziewczynę, która mimo istnie norweskiej urody odmówiła założenia ubranka i nabawiła się takich pęcherzy przez słońce, że widząc to, cieszyłam się, że wyglądam jak niebieski plemnik. Przynajmniej dalej mogłam korzystać z uroków rafy koralowej.

Ekipa bardzo sympatyczna, wyluzowana. W ogóle stwierdziłam, że instruktorzy nurkowania i snorklingu mają najcudowniejszą pracę na Ziemii. Codziennie mają możliwość obcowania z żyjącą i jakże cudowną rafą!!! Nawet podzieliłam się moją myślą z jednym z nich, który uśmiechnął się i stwierdził, że gdyby Azjaci byli troszkę bardziej pojętni to może faktycznie też by tak uważał. No w każdym razie ja bym się chętnie z nim zamieniła. Ciężko mi określić to co czułam kiedy pierwszy raz moje oczy znalazły się pod wodą… chyba nie dowierzanie, że to co widzę jest prawdziwe, a nie klatką z filmu. Szczerze, nie widziałam dotychczas czegoś tak pięknego i cudownego jak wtedy. Gdybym mogła kręciłabym głową wokół własnej osi i rejestrowała wszystko co zobaczę. Pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie mam kamery Go Pro. Ale tych kolorów nie da się odtworzyć, to trzeba po prostu zobaczyć! Jest to zdecydowane „must to do” w Australii.

Schodząc wieczorem z łódki, byłam już zakochana w rafie i gotowa pozostać na stałe w Cairns.

Mimo, że nie można kąpać się z brzegu w oceanie, to czynny prawie całą dobę miejski basen (Cairns Esplanade Lagoon, otwarty od 6 rano do 21) wynagradza wszystko. Oprócz basenu wzdłuż promenady zamontowane są publiczne grille, przyrządy do ćwiczeń, place zabaw, oczywiście wszystko za free. A gdy pogoda ewidentnie nie dopisuje, w Cairns można odwiedzić ogród botaniczny i zrobić sobie zdjęcie z koalą w zoo (Cairns Wildlife Dome). Nic tylko przyjeżdżać!

DSC02745
DSC02775
DSC02802
DSC08606
DSC02781
DSC02812
DSC02751
DSC08642
DSC02779
DSC08587
DSC08589
DSC08597
DSC08646
DSC02784
DSC02805
DSC02747
DSC02800
DSC08635
DSC02803
DSC02746
DSC08596
DSC02782
DSC08590

Tags:, , , ,

Trackback from your site.

Leave a comment