• Home
  • Blog
  • Wesołe refleksje po 13 miesiącach życia w Australii:)

Wesołe refleksje po 13 miesiącach życia w Australii:)

Teraz kiedy jesteśmy już w Polsce, kiedy można powiedzieć, że wszystko jest już za nami… chyba łatwiej ocenić ten czas spędzony na Antypodach.

Postanowiłam, że napisze post, który będzie kontynuacją wpisu „smutne refleksje…„, gdyż wywołał on spore zainteresowanie i polemikę co niektórych osób.

Teraz z perspektywy 13 miesięcy spędzonych w samej Australii sprawa wygląda trochę inaczej, pewnie poniekąd z powodu, że część mnie pozostała w Australii i że po prostu jestem zauroczona tym krajem.

Postaram się być obiektywna w ocenie, gdybym jednak nie była wybaczcie:)

Dokończę najpierw moją historię. Po około 6 miesiącach udało mi się znaleźć pracę w zawodzie. Przeszłam standardową rekrutacje i byłam z siebie bardzo dumna, ponieważ oprócz mnie, dziewczyny z Hiszpanii i chłopaka z Filipin reszta mojej aptecznej ekipy była obywatelami Australii. Oczywiście ze względu głównie językowych nie byłam w stanie pełnić tych samych funkcji w Australii co w ojczystym kraju. Pragnę jednak podkreślić, że trafiłam na bardzo dobrych ludzi i gdybym tylko została tam dłużej i byłabym biegła w terminologii medycznej i farmaceutycznej na pewno moje obowiązki byłyby jeszcze bardziej zbliżone do tych wykonywanych w kraju. W skrócie: ja czułam się dobrze, ponieważ byłam w swoim środowisku i robiłam to co lubię i umiem. Oczywiście początki były trudne głównie ze względu na typowy akcent australijski (pracowałam w Manly, dzielnicy zamieszkałej głównie przez Australijczyków, turystów i surferów:) Nic więc dziwnego, że od tamtej pory, mój stosunek do Australii i samych „Ozonów” uległ zmianie – na ich korzyść oczywiście.

Dla zainteresowanych dodam, że pracowała ze mną farmaceutka z Malezji, która nostryfikowała dyplom i pracowała już jako pełnoprawny farmaceuta. Dokładnie nie pamiętam ile testów musiała zdać, ale na pewno oprócz IELTS musiała zdawać testy, które sprawdzały, czy jej stan wiedzy jest na tym samym poziomie co absolwentów farmacji w Australii. Jej się udało, także jak widać można jak się chce:)

Wciąż ze smutkiem stwierdzam, że są sceptyczni odnośnie naszego wykształcenia, ale są branże, gdzie ma to mniejsze znaczenie: programiści oczywiście:) Nasz kolega, który przyjechał również na wizie studenckiej otrzymywał zlecenia kodowania, także chyba prawdziwa jest maksyma jak jesteś dobry to się uda:)

Oczywiście jak na całym świecie, także w Australii liczą się znajomości i to dzięki nim najłatwiej znaleźć pracę, pierwszą w szczególności. Dalej również potwierdzam, iż większość emigrantów swoją rezydencję zdobywa ciężką pracą, dzięki której zarobione pieniądze mogą przeznaczyć na studia na uniwersytecie, którego dyplom pozwala im ubiegać się o „permanent resident visa”. Inni szukają innych rozwiązań: małżeństwo lub wiza sponsorska.

Ile ludzi tyle przypadków.

Można by powiedzieć, że nie wiele się zmieniło w porównaniu do postu sprzed 7 miesięcy, generalnie może nie, jednak dla mnie osobiście wiele.

To co mnie ujęło, to to, że w Australii praca nie jest na pierwszym miejscu tak jak jest to w Polsce. Tam najważniejsza jest rodzina i czas z nią spędzony oraz twój czas wolny. Te dwie można by powiedzieć prozaiczne sprawy są ich świętością. A w naszym kraju niestety wielu Polaków żyje dla pracy, żyje pracą i nie mówię tutaj o pracoholikach, ale o tych, którzy po prostu nie mają wyjścia.

To smutne jak my Polacy „zarzynamy” się dla pracy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ich zarobki są kilkakrotnie wyższe od naszych i dlatego ich stać na wszystko pracując mniej. Nie chcę w tym poście absolutnie rozwijać tematy polityczne, bo nie takie było założenie. Chcę tylko zaznaczyć, że tam pracując, masz świadomość, że będzie Cię stać na nowy telefon, samochód, zagraniczne wakacje. W Polsce wielu osobom starcza ledwo do końca miesiąca.

To miłe jak wielka kultura pracy panuje w kraju, w którym niegdyś mieszkali sami skazańcy. Tam nikt nie będzie poniewierał panią z „biedronki”, każdy się uśmiecha i jest dla siebie nawzajem miły. Tak nie wiele, a zarazem tak wiele! Bo czy życie nie składa się właśnie z takich małych, zwykłych spraw? Jak inaczej mija dzień, w którym mijasz wesołych uśmiechniętych i życzliwych ludzi, w porównaniu do polskich smutasów.

Kiedy wylądowaliśmy w Warszawie, pierwsza rzecz która rzuciła mi się w oczy, były smutne twarze ludzi i stanowczy, wręcz groźny głos pani z kontroli paszportowej: paszport proszę! – oczywiście bez cienia uśmiechu.

Tags:, ,

Trackback from your site.

Comments (1)

  • Avatar

    Kalop

    |

    Na pierwszy rzut oka to tak mniej wiecej wyglada, szczegolnie jak jest sie mlodym, ale rzeczywistosc w szerszym zakresie juz tak rozowo sie nie reprezentuje.

    Reply

Leave a comment