Outback: Paliwo rzecz święta!!! [dzień 8][2/2]

Jest taka zasada, że podróżując po Australii najważniejsze jest paliwo, a nie woda jakby się mogło wydawać. Otóż mając paliwo uda Ci się dojechać do miejsca gdzie znajdziesz wodę, ale bez paliwa nie pojedziesz nigdzie. Zgodzę się z tym w 100 procentach ponieważ mieliśmy tego gorzki przedsmak. Otóż wyjeżdżając z parku narodowego Cape Otway mieliśmy już paliwa jak kot napłakał. Nie zatankowaliśmy wcześniej do pełna kiedy była okazja, ponieważ Piotr stwierdził, że spokojnie wystarczy nam to co mamy do następnej stacji.

Wesołe refleksje po 13 miesiącach życia w Australii:)

Teraz kiedy jesteśmy już w Polsce, kiedy można powiedzieć, że wszystko jest już za nami… chyba łatwiej ocenić ten czas spędzony na Antypodach.

Postanowiłam, że napisze post, który będzie kontynuacją wpisu „smutne refleksje…„, gdyż wywołał on spore zainteresowanie i polemikę co niektórych osób.

Teraz z perspektywy 13 miesięcy spędzonych w samej Australii sprawa wygląda trochę inaczej, pewnie poniekąd z powodu, że część mnie pozostała w Australii i że po prostu jestem zauroczona tym krajem.

Postaram się być obiektywna w ocenie, gdybym jednak nie była wybaczcie:)

Outback: Miś Koala i 12-stu Apostołów:) [dzień 8][1/2]

Wtorek, 27 Październik 2015

Zaraz po śniadaniu udaliśmy się na ekspresowe tour po miasteczku. Było nam bardzo miło, gdy pan Tomasz zaproponował że z chęcią zostanie naszym przewodnikiem. Niewielkie portowe miasteczko liczące 2 500 mieszkańców okazało się bardzo urokliwym miejscem. W 1850 roku był to jeden z najbardziej ruchliwych portów w Australii, z którego odpływały załadowane w złoto i pszenicę statki do Anglii. Nam przypadła do gustu świetnie zachowana dziewiętnastowieczna architektura domów wzdłuż rzeki Moyne oraz spokój i sielskość tego miejsca. Na wyspie Griffiths znajduje się zabytkowa latarnia morska oraz jest to dom dla tzw. mutton birds, które co ciekawe każdego roku wracają w jednakowym czasie do tego samego gniazda wykopanego w ziemi i odbywają swoje gody zawsze z tym samym partnerem. Cóż za wierne ptaki:) Akurat mieliśmy szczęście, ponieważ okres ich godów przypada początkiem listopada i wczorajszego wieczoru byliśmy świadkiem tego równoczesnego jakby zaprogramowanego powrotu ptaków do gniazd. Robiło wrażenie!

Outback: Niezwykły zbieg okoliczności [dzień 7]

26.10.2015 Poniedziałek

Dzień zapowiadał się niestety pochmurny także ubraliśmy się ciepło i dalej ruszyliśmy w drogę. Postanowiliśmy przejechać przez Adelaide nie zatrzymując się w niej. Niewiele zatem mogę powiedzieć o jej pięknie lub jego braku. Niedaleko za Adelaide natknęliśmy się na słone jeziora, których powierzchnia była spękana, pokryta solą o różowym zabarwieniu. Gdzieniegdzie tylko można było zobaczyć małe oczka wodne. Oczywiście nie trzeba było nas namawiać, żeby wejść na jezioro i zrobić masę zdjęć. Dominik jako jedyny przeszedł chrzest, gdyż „wpadł” do jeziora, ale o dziwo nie miał mokrych butów, za to umaziane w błocie, które jak to stwierdził śmierdziało glonami. Zwał jak zwał mieliśmy z niego ubaw.

Outback: Coober Pedy czyli na planie filmowym Mad Max:) [dzień 6]

25.10.2015 Niedziela

Śmiało można powiedzieć, że Coober Pedy to miejsce szczególne i chyba jedyne takie na świecie, gdzie ludzie w większości mieszkają pod ziemią.

Jest to małe lecz najlepiej znane miasteczko położone na totalnym pustkowiu w Australii Południowej (stan South Australia). Co ciekawe jest to największe na świecie miejsce wydobycia szlachetnych opali mlecznych (white opals).

Byłam bardzo niezadowolona kiedy rano zadzwonił budzik, gdyż nie pamiętam takiego dnia kiedy spałoby mi się tak dobrze jak tutaj. Ciemno, żadnych rozpraszających świateł lamp ulicznych, totalna cisza – jedni powiedzieliby jak w grobie:) i na dodatek cudowny zapach… Nie wiem jak to możliwe, ponieważ geologiem nie jestem, ale zapach tego kamienia, w którym wykuty był pokój był istnym spa dla mojego nosa. Spało się cudownie. Żal było żegnać się z tym miejscem po tak krótkim czasie, szczególnie, że Rick okazał się bardzo rozmowny i potwierdzał, że mieszkanie pod ziemią jest po prostu wynalazkiem na miarę złota. „Dugouts” bo tak nazywają swoje domy chronią ich nie tylko przed upałami sięgającymi podczas lata 50 stopni Celsjusza, ale także przed częstymi burzami piaskowymi. Co ciekawe temperatura pod ziemią cały rok jest stabilna i wynosi 21 stopni Celsjusza, dzięki czemu nie muszą zimą używać tzw. heaterów, jak to czynią mieszkańcy Sydney.